24.10.13

I'm a Birthday Girl Today!!!

Kolejny roczek stuknął! Jeszcze  niedawno wyczekiwałam tej magicznej daty z wielką niecierpliwością i rumieńcami na policzkach. A dziś, też się cieszę nie powiem, że nie, ale.... mam coraz więcej refleksji i coraz mniej podoba mi się ta owa "liczba" której usilnie próbuję nie kalkulować. 
Gdzie podziały się te czasy, kiedy tupałam nogami aby w końcu mieć dowód osobisty czy pozwolenie mamy na wyjście do klubu. Wówczas oddałabym wszystko za kilka lat więcej, aby w końcu spróbować jak smakuje dorosłość. Teraz już dobrze wiem, zaznałam jej goryczy ale także i bakalii. Mimo to,  z dystansem podchodzę do wielu spraw. Mogłabym przecież mieć już nastoletnie dziecko i dodatek do pensji za wysłużone lata w jednej ze znanych korporacji. Wybrałam inny styl życia, i nie żałuję żadnego z dokonanych wyborów.
Hm.... wiecie, że kobiety o wiek się nie pyta, bo to przecież jedna z podstawowych zasad savoir vivre. Spotkała mnie ostatnio bardzo miła niespodzianka. W Anglii zazwyczaj oceniają mój wiek średnio o pięć czy sześć lat mniej niż wskazuje na to mój przebieg. Ale 10 lat mniej padło tylko raz! Dziękuję Danowi za poprawę humoru :) Ponoć kobiecie do przeżycia dnia wystarczą cztery komplementy i szklanka wody....
Nie myślcie sobie, że zamartwiam się, że trójka z przodu zadomowiła się już na dobre :) Przeciwnie, uważam, że mamy tyle lat na ile się czujemy. Ja w głębi ducha jestem rozbrykaną nastolatką (Ci, którzy mnie znają potwierdzą:). Jako nastolatka musiałam być dorosła, także teraz odpuszczam, szaleje i .... jestem sobą :)

Skorpionica biegnie świętować! Tymczasem Was zapraszam jeszcze na kilka ruchomych obrazków.
Uwaga! Śliwki już zjadłam, a materiał kręcony był kilka miesięcy temu, przecież już mnie dobrze znacie......

20.10.13

Jesienna klasyka

Miniony tydzień zalicza się do tych, o których chciałabym jak najszybciej zapomnieć. Czasem wydaje mi się, że na jednym kopniaku od życia się nie kończy. Niech tylko ono wyczuje, że Cię zabolało, że podupadasz to od razu dowali Ci kolejny problem a potem dla satysfakcji jeszcze jeden (lub dwa)!

Czas oddzielić wszystko czarną krechą i zacząć nowy, jeden z bardziej (a jeśli nie najbardziej) ekscytujących tygodni w tym roku! Niedziela jako początek minęła mi niesamowicie miło. Od samego świtu objęłam rolę makeup artist i zamieniłam swój pokój w drogerię, następnie zajęłam się stylizacją i fotografowaniem przepięknej Oli. Tutaj możecie zobaczyć zapowiedź efektów - KLIK Prawda, że piękne? Już niedługo podzielę się z Wami efektami naszej pracy :)
Nawiązując do dzisiejszego stroju, pokazuje on, że mój styl zmienia się razem z moim życiem. Coraz częściej wybieram najprostsze kroje i fasony. Znów stawiam na klasykę. Tweedowa marynarka, biała koszula i jeansy ozdobione czerwoną szminkę to to, po co sięgam teraz najczęściej. Odłożyłam na bok kwieciste sukienki. Wygrywają proste kroje i wzory. Pewnie wiosną znów za nimi zatęsknię. Tymczasem upycham je na dno szafy! 
 jacket- H&M, denim, bag - Topshop, sandals - River Island, sunglasses - Zara Man, hat - gift

13.10.13

Zazdrość jest wśród nas


Do niedawna miałam wrażenie, że ohydna zazdrość  przez ostatnie lata dotykała mnie znacznie rzadziej. Dziś na nowo przetarłam oczy i zauważyłam, że zawsze jest obok. Deszczowa pogoda nastraja do rozmyślań. Dziś padło na ten mało przyjemny temat.
Trudno powiedzieć mi o zachowaniach Anglików, jednakże nie widzę w nich tyle zawiści ile drzemie w nas Polakach. Mam przeczucie, że większość z nas każdego wieczora odmawia  "modlitwę". Patrzymy przez krwawe gały i z głębi serca chcemy dopierdolić sąsiadowi!!! Przecież nie może mieć lepszego auta, jeździć częściej na wakacje niż my i jadać w lepszych restauracjach. Nie trudno nam zaglądać w cudzą kieszeń, konto bankowe, garnek czy nawet sypialnię! Marnujemy czas zamiast skupić się na samym sobie i zacząć dążyć do osiągnięcia zamierzonych celów.

To, że skończyliśmy to samo liceum, studia czy pracowaliśmy dla tej samej firmy, nie znaczy, że nasze późniejsze życie będzie toczyło się na tym samym poziomie. Każdy z nas jest inny, ma inne zdolności, cele i poglądy. Mieszkając przez dziesięć lat na wsi nasłuchałam się do zwiędnięcia uszu, że nie można się wybijać ponad poprzeczkę "bo co sąsiedzi powiedzą?". Długie lata tego nie rozumiałam, nigdy się z tym nie zgadzałam, co chyba nie przynosiło przychylnego spojrzenia dziadków. Wyprowadzka do miasta uczyniła mnie ponownie anonimem. Spacerować po ulicach, gdzie nikt nikogo nie zna uważałam za wolność nad wolnością! 

Dziś, w świecie kiedy każdy dąży do "mieć" niż "być" coraz trudniej odróżnić prawdziwą przyjaźń od tej interesowniej. Wybieramy znajomych pod kątem korzyści, "z nim warto trzymać bo może mi pomóc w tym czy w tamtym". I kiedy dochodzi do owej potrzeby "gwałcimy" go jak tylko można. Z drugiej strony trzeba sobie przecież pomagać. Niejedni liczą pomoc za pomoc - nie wyrównasz rachunków - nie żyjesz! Potrzebujemy ktoś kto będzie z nami dzielił smutki i radości dna codziennego. Z tym pierwszym nie ma problemu (w sytuacjach kryzysowych zawsze jesteśmy skorzy do użyczenia ramienia) ale cieszyć się, że ktoś odnosi sukces? Dostaje nową pacę? Podwyżkę? Planuje nowy dom? Kupuje nowe auto? Ciężko.....

Większość blogerów zmaga się z hejterami, którzy najzwyczajniej w świecie zazdroszczą im tego czy owego. Pokazanie najnowszego modelu laptopa MACa, kamery czy torebki od Chanel zapewne wywoła lawinę komentarzy i osądów "skąd Ty to masz???", i zachęci  hejterów do działania. Wyglądaj źle, noś się szaro i trzymaj język za zębami - to da Ci spokój duszy i sympatię wielu osób!

Fuj! Ja na to nie idę! Choć fakt, często przybieram taką postawę aby mieć tzw. "święty spokój". Lepiej przed zaproszeniem niektórych osób do domu schowaj najnowsze gadżety, opróżnij półkę z kosmetykami, zrób pustki w szafce na buty i wyglądaj na zmęczoną i styraną życiem. Do tego podaj cudny posiłek, zrób mega kawę, a gość wyjdzie z cudownym uczuciem, że jemu powodzi się lepiej niż Tobie! I nadal będzie Twoim przyjacielem.
Odbiegając od kontrowersyjnego tematu jakim jest zazdrość i z którą każdy z nas powinien rozliczać się w zgodzie z własnym sumieniem, chciałam Was zaprosić na kolejną wyprawę. Dziś odwiedzamy Shrewsbury po raz kolejny. Zdjęcia zostały zrobione w czerwcu (wiem, ja zawsze mam mega dużo zaskórniaków). Tęsknię za tymi magicznymi zakątkami. Miasto jest magiczne. Za każdym razem kiedy je odwiedzam ładuję moje baterie inspiracji i spokoju ducha. Mam nadzieję, że i Wam przypadną do gustu!
W tym looku zdecydowanie byłam dziewczyną Topshopa, tylko okulary i naszyjnik pochodzą z innej firmy :)

9.10.13

5 lat w UK

Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że kilkanaście dni temu minęło dokładnie 5 lat odkąd jestem w Anglii. Teraz powinnam dodać, że przeleciało jakbym przyleciała wczoraj. Nie, nie było tak kolorowo. 

Zostałam rzucona na głęboką wodę, na własne życzenie oczywiście. Nikt z moich znajomych nigdy nie podejrzewałby, że wyjadę z kraju. Nie potrzebowałam nowej pracy, bo moja była zajebista pod każdym względem! Pracowałam w wyuczonym zawodzie i czułam się spełniona zawodowo. Kupiłam  mieszkanie w centrum Wrocławia i uważałam to miasto za miejsce w którym dożyję osiemdziesiątki. 
Serce jednak nie sługa. Podjęłam ryzyko. Nie pierwsze i nie ostatnie w moim życiu. 

W liceum i na studiach zawsze miałam język niemiecki, którego przyznaję nienawidziłam. Nie wiem czy sprawiało to podejście mojego nauczyciela, czy wynikało to z mojego beztalencia do nauki języków. Przyznam, że był to najgorszy przedmiot w liceum. Zdarzało mi się podkraść babci tabletki i łyknąć coś na uspokojenie przed czterdziestopięcio minutowym koszmarem. Inne koleżanki modliły się, a co bardziej tchórzliwi chodzili na wagary. A angielski ? Podstawy przerobiłam na jakiś dodatkowych kursach, miało się to jednak nijak do rzeczywistości. Jako osoba dążąca do perfekcji we wszystkim co robi mogę śmiało powiedzieć, że nie umiałam nic! 

To było pięć burzliwych lat. Pięknych, ale niesamowicie ciężkich. Pierwsze dwa zaliczam do horroru. Znalezienie pracy było bardzo ciężkie. Nie gardziłam nigdy żadnym stanowiskiem i traktowałam to jako zdobycie kolejnego doświadczenia niezależnie jakiej dziedziny dotyczyła nowa posada. Przez te wszystkie lata podejmowałam się różnych rzeczy. Jednakże wciąż marzyłam o tym co robiłam w Polsce. Ta myśl towarzyszyła mi każdego dnia. Śniłam o mojej starej pracy i nie potrafiłam rozwinąć skrzydeł w UK. Postanowiłam spróbować zbudować to na nowo. Polska niestety mnie rozczarowała. Przeszłam 15 rozmów kwalifikacyjnych, z czego zaoferowano mi 10 stanowisk nie spełniających moich kryteriów. Na szczęście znalazł się jeden pracodawca, który z łatwością zaakceptował moje warunki. Nie umiałam się odnaleźć we Wrocławiu. Jako uparciuch wytrzymałam 8 miesięcy, mam jednak czyste sumienie!

Wróciłam do Anglii, wiedząc, że tym razem stoję tutaj dwoma nogami. Zaczęłam od nowa.  Widziałam wszystko przez różowe okulary. Pokonywałam kolejne kilometry krętej drogi, aby dziś powiedzieć, że jestem tutaj szczęśliwa. 

Drugiego września dostałam wymarzoną pracę o której marzyłam od pięciu lat. Mój trud i wysiłek nie poszedł na marne! Od tamtej chwili wracam z uśmiechem na ustach każdego dnia i kocham to co robię! Nareszcie pracuję  z powrotem w zawodzie! 
Wiedziałam, że taki czas kiedyś nastąpi, mimo iż najbliżsi w to wątpili. Najważniejsze mieć plan i do niego dążyć. Ten nie był łatwy, ale udało się! Teraz ruszyłam ze spełnieniem kolejnego marzenia! Dead line wypada w grudniu, także oczekuję, że już niedługo będę skakać pod sufit z radości!

Dziś kiedy ląduję na Angielskiej ziemi czuję się jak w domu. Fakt, zawsze będą różnice pomiędzy tym co noszę w sercu od dzieciństwa,  a rzeczywistością, jednakże to ta kraina czyni mnie bardziej szczęśliwą!
A jaka jest Wasza historia emigracji? Z chęcią poczytam w komentarzach!

Życzę Wam wiary w to co chcecie osiągnąć, no wszystko jest możliwe. Potrzebny jest tylko wór wiary, masa pracy i optymizm! Uda się! Ja w to wierzę! Uwierz i TY!

 
coat - Vero Moda, trousers, shirt - Primark, bag - Zara, shoes - Topshop, sunglasses - Givenchy

6.10.13

Wybaczam, przepraszam, kocham...

Każdemu z nas zdarza się pokłócić. Nie wierzę, że nie. Ostra wymiana zdań od czasu do czasu jest  ponoć rzeczą dość naturalną. Niestety przytrafia się nam to zazwyczaj z najbliższymi: partnerem, rodzicami, dziećmi czy przyjaciółmi. Pewnie dlatego, że to właśnie z nimi prowadzimy codzienne dyskusje. Czasami wkraczamy na ścieżkę wojenną chcąc postawić na swoim. Niezależnie czy jest to polityka, przesolona zupa czy brudne skarpetki. Jeśli dojdzie do ostrej wymiany zdań każdy z nas reaguje inaczej. Jedni płaczą, inni krzyczą, drudzy trzaskają drzwiami, rzucają talerzami lub nie daj Boże pada coś w stylu "Ty nigdy", "Ty zawsze", lub jeszcze coś gorszego... Są to jedne ze zwrotów, które działają uczulająco na system nerwowy. Przecież nikt nigdy i zawsze nie robi tak samo. Takie stwierdzenia podnoszą adrenalinę i powodują, że awantura tylko się zaostrza.
Nienawidzę kłótni, unikam jak ognia, ale przyznaję iż czasem się zdarzają. Najbardziej boli mnie trzymanie żalu. Fakt, jako zodiakalny skorpion potrafię dusić w sobie urazę do grobowej deski, jednakże choć zapamiętam na zawsze, najbliższym wybaczam najszybciej. Nie znoszę obrażalstwa, chodzenia z uciągniętą miną i tzw. cichych dni (a w niektórych przypadkach nawet miesięcy). Szkoda na to czasu. Najlepiej dać sobie po razie i wytłumaczyć wszystko w przeciągu 15 minut. Uwaga! W przypadku osobników płci męskiej może to się przeciągnąć do kilku godzin, oni potrzebują więcej czasu na analizę sytuacji. Rozstawać się z niewyjaśnioą sprawą, i smutną miną nie leży w mojej naturze. Złość tylko narasta i powoduje, że strona która skora była do wyciągnięcia ręki rzuca fohem ponownie i mamy sytuację z żurawiem i czaplą. 
Przez 6 lat pracowałam "blisko śmierci" i wiem, że nie warto marnować żadnej chwili w życiu. Wiele osób dziwi moje podejście do tego tematu,  potrafię myśleć o niej dość racjonalnie, nauczyłam się przez te wszystkie lata. Mimo, iż nie wyobrażam sobie utraty najbliższych (popadłabym zapewne w załamanie psychiczne) zdaję sobie sprawę, że nikt nie wróci mi żadnej  spędzonej z nimi minuty! Dzisiejsza rozmowa może być ostatnią jaką z daną osobą przeprowadzę, bo przecież nikt z nas nie zna dnia ani godziny....Kiedy moje psiapsiółki radzą mi się co zrobić po kłótni z chłopakiem, zawsze radzę im rozejm i to jak najszybciej.
Do napisania tej notki natchnęły mnie dwie piosenki, na które po raz kolejny trafiłam przypadkiem. Mega smutne, mega piękne. Piszę i płaczę... Kochajcie się Serducha! Cieszcie sobą i bądźcie szczęśliwi!




3.10.13

what doesn't kill you make you stronger

Dziś chciałam się podzielić z Wami zdjęciami z Wrocławia. Wszystkie zostały zrobione Zenitem. Zakochałam się w tym aparacie. Magiczny odgłos migawki, rytuał przygotowań do każdej klatki i to napięcie, kiedy czeka się na efekty. Nawet najdroższa cyfrówka nie zastąpi tych wrażeń i klimatu na zdjęciach. 
Dołączyłam też ciekawą przygodę, jaka przytrafiła się mi zeszłym tygodniu. Mam nadzieję, że do końca roku nie spotka mnie tyle niespodzianek w przeciągu pięciu dni! 
Miłego oglądania i lektury :)
W ostatnim poście zachwycałam się mgaicznym ślubem Marty. Dziś chaiałam opisać jakie przygody towarzyszyły nam podczas wyjazdu do Polski, a nie było ich mało!

Zaczęło się od pierwszego dnia. Aby obniżyć koszty i stać się bardziej ekologicznym postanowiliśmy dojechać na lotnisko autobusem i dwoma pociągami (tyle przesiadek nie było w stanie zniechęcić nas do redukcji emisji spalin!). Wieczorem zabukowaliśmy bilety ma pociąg. Niestety nikt z nas nie zauważył, że właśnie wybiła 00:00 i bilety zamiast na juro są na pojutrze. Na dworcu czekała na nas kolejna niespodzianka. Pociąg na króty przyszliśmy został wycofany. Widniał tylko na rozkładnie, w rzeczywstości jednak nie istniał. Zaczęło się, pomyślałam. Ale w głębi ducha byłam dobrej myśli...
Fatum opuściło nas na czas ślubu - i bardzo jestem wdzięczna, bo gdyby działało z taką siłą jak od poniedziałku, nie przeżyłabym do dzisiaj!
Mieszkałam we Wrocławiu 10 lat. Jednakże szukając drogi na skróty potrafiłam zgubić się aż dwa razy! Spóźniając się na spotkanie, które jak się potem okazało w ogóle nie doszłoby do skutku bo druga strona nie przyszła. Co za tupet! Brak telefonu, zero przepraszam! 
Lokatorzy z mojego mieszkania rzucili kluczami praktycznie z dnia na dzień (i zapewniam Was, że nie z powodu, że właścicielka lokalu jest szaloną pedantką),  stawałam na głowie aby w trzy dni znaleźć o niebo lepszych następców. Mieszkanie wymagało remontu i tzw. dopieszczenia. Przeszłam w życiu nie jeden remont i machanie pędzlem trzymając w drugiej ręce kiełbasę nie jest mi obce, jednakże ten przeszedł samego siebie. Wiertarki, przedłużacze, kołki, taśmy wszystko płatało nam figla. To nie pasuje, tamto się zgubiło, tego brakuje, to znów trzeba dokupić itd. W takim zamieszaniu nie łatwo o pomyłkę. Zdarzało się poniektórym zaspać, innym zapomnieć telefonu i błagać o skorzystanie z komórki przechodni, pomylić dworce PKP a nawet wsiąść w zły pociąg. Kiedy w przeddzień wyjazdu z wywieszonym językiem załatwiałam ostanie sprawy i modliłam się aby samochód który odmawiał już posłuszeństwa nie rozkraczył się na środku jezdni myślałam, że wygrałam. To już koniec jutro wsiądę w samolot i nareszcie odpocznę w domu. Tak, byłam w błędzie. Tomasz zgubił portfel, a co za tym idzie - ID. Pal licho gotówkę za którą miałby pewnie fajne wakacje, lub wymianę jesienno - zimowej garderoby. Utrata dokumentów zawsze przysparza więcej problemów. Mieliśmy 24h na jego odnalezienie.  Pokonywanie kilometrów zabierało cenne godziny, a portfela ani widu ani słychu. 
Godziny stresu, bieganie po komisariatach, urzędach i .... niestety nie wszedł na pokład. Próby przekonywań stanęły na niczym. 
Kiedy wylądowałam w Anglii, pomyślałam, że trzeba nadrobić dwa kilo, które straciłam w minionym tygodniu. Wybrałam najgrubszą kanapkę, podchodzę do kasy.... i co to, moja karta jest zablokowana? A gotówka hm.....

Oglądam te zdjęcia po raz kolejny i kolejny. Przypomina mi się wyprawa podczas której je pstrykałam. W upale, zapakowałam 2 kg aparat, prowiant, butelkę wody i ruszyłam wypatrywać najciekawszych kadrów. Bywało, że stałam w jednym miejscu 15 minut czekając aż wszyscy przejdą, bądź kładłam się na ziemi w samym centrum miasta budząc sensację. Kocham takie poszukiwania. Kolejne klatki będą z efektem lomo!!
Jeśli spodobały się Wam Zenitowskie zdjęcia zapraszam na więcej TUTAJ
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...