26.7.12

Brown dress


Dziś będą się nad sobą użalała. Może nie powinnam, ale i mi zbiera się czasem na marudzenie....
Odkąd pamiętam byłam chuda jak szkapa. Mama na każdej kontrolnej wizycie u lekarza błagała o coś na apetyt. Gotowała kaszki, kleiki, potem różne "ulubione" dania, a ja na wszystko kręciłam nosem. Jako kilkulatka miałam sposoby na "niejedzenie" (musiałam kombinować, bo w domu nie było psa, który by siedział pod stołem i zjadał co mu podrzucę). Z racji tego, że jestem gadułą, najwięcej do powiedzenia miałam właśnie przy stole. Tato wówczas "dzwonił" swoją łyżką w mój talerz powtarzając "Pola jedz!", a Pola i tak swoje...
Wstręt do jedzenia ciągnął się za mną latami. Później towarzyszyła mu choroba żołądka, i wciąż miałam kilka kilo niedowagi. Kiedy przychodziła wiosna, wszystkie moje koleżanki kombinowały jak schudnąć, a ja błagałam niebiosa aby nabrać trochę ciała, które zasłoniłoby wystające szpiczaste kości. Paradoksalnie udawało mi się to tylko latem. Bałam się być głodna, więc wszędzie nosiłam ze sobą coś do przegryzienia. Dochodziło do tego, że na imprezę potrafiłam przemycić kilka kanapek, które po północy smakowały bardzo wykwintnie. Gdy przytyłam na letnim obozie 3 kg skakałam pod sufit i cieszyłam,  że już tak zostanie.... wystarczyły jednak dwa tygodnie alby moja niedowaga powróciła.


Największym komplementem jaki mogłam usłyszeć, było to, że przytyłam! Paradoks?? A jednak! Nazwanie mnie "chudą" skutkowało nastrojem odwrotnym do zamierzonego. Ostatnie kilka lat byłam zadowolona z mojej wagi, po raz pierwszy w życiu była w granicach normy. A dziś? Zauważam tłuszczyk, który odkłada się w nieporządanych miejsach, hm... gdyby tak dało się go przetransportować...
Powinnam zaprzestać jedzenia  wszystkiego na co tylko mam ochotę, w jak się okazało - nieprzeciętnych (wręcz męskich) porcjach. Całe życie myślałam, że jestem niejadkiem, tymczasem dziś kiedy wchodzę do marketu wrzuciłabym wszystko do koszyka. Z trudem odmawiam sobie tłustego sera i śmietany, nie wspominając już o makaronach czy chipsach. Nie myślę o sobie w kategorii "gruba", bo wiem że duuuużo mi jeszcze do niej brakuje, nie mogę się jednak nadziwić jak na przestrzeni lat zmienia się ciało i moje podejście do jedzenia. Dobrze, że schudnięcie nigdy nie stanowiło u mnie  problemu :) i oby tak pozostało :)

Ta skromna sukienka wisi w mojej szafie już rok. Nadaje się na każdą okazję i porę roku. Jesienią i zimą noszę ją z rajstopami i kardiganem, lub bardziej elegancko w towarzystwie marynarki i obcasów. Zwiewny materiał wspaniale spisuje się także w upał. Wszystko to sprawia, że jest jedną z najczęściej noszonych przeze mnie kiecek!
 dress - Topshop, sandals - Reserved, Bag - vintage, belt - Primark, collar - vintage shop



Całuję Was i pozdrawiam ze słonecznej Anglii.
P.S. Biegnę na chipsy :) a co tam... :) 


19.7.12

At the airport


Ostatnie 9 miesięcy jestem w ciągłych rozjazdach. Polska - Anglia, Anglia - Polska, oraz Polska - Polska. Walizka stała się moim najlepszym przyjacielem, a pakowanie i rozpakowywanie jej zawartości opanowałam do perfekcji. Kosmetyki  mieszkają już niemal na stałe w podróżnych buteleczkach, a listę "must have" do podręcznej torby mogę spakować po ciemku. Ma to wszystko swoje dobre i złe strony.  Bywa, że budzę się w nocy i za cholerę nie wiem gdzie jestem. Dochodzi do tego ze miewam złudzenia - będąc w jednym miejscu zdaje mi się, że nigdy go nie opuszczałam a dzień wczorajszy był tylko snem.
To już chyba zaburzenia świadomości. Marzę o zagrzaniu miejsca na dłużej i zwolnieniu tego co dzieje się dookoła. Niestety nie wszystko jest od nas zależne.


Publikowane dziś zdjęcia zostały zrobione na lotnisku - miejscu które odwiedzam częściej niż moją ulubioną kawiarnię. Gdzieś pomiędzy odprawą, wąchaniem perfum na które nigdy nie mogę się zdecydować a wciśnięciem się do samolotu znalazłam trzy minuty na zdjęcia. Wbrew temu co pisałam powyżej, w tą podróż zdecydowanie nie potrafiłam skompletować ubrań. To chyba kapryśna pora roku sprawiła, że staję przed takimi rozterkami. Na dodatek wciąż odchorowuję pamiętną przejażdżkę rowerem o której wspominałam TUTAJ.
Suma sumarum, ze stanem podgorączkowym, zapchanymi zatokami i perspektywą 6 godzin podróży, wybrałam minimalisytczny outfit. Jedynymi elementami urozmaicającymi go jest opaska i bransoletki. Prosto i z lekkim pazurem, czyli tak jak lubię.

 trousers - Topshop, blezer - Primark, top - New Look, schoes - Topshop, bag - Zara, head band - New Look

12.7.12

What doesn't kill you makes you stronger!


"Co nas nie zabije, to nas wzmocni"- stare powiedzenie, w które ciężko uwierzyć kiedy myślimy, że jesteśmy na samym dnie (lub właśnie się do niego zbliżamy). Powtarzają nam to najbliżsi, i my pocieszamy tak innych. Wiara w te słowa przychodzi jednak dopiero po tym jak uda nam się wyjść cało z opałów, i wyciągniemy  należyte wnioski na przyszłość. 
Wszystkim, którzy mają dziś gorszy dzień i czują się przygnębieni, polecam kliknięcie TUTAJ i mam nadzieję że pojawi się uśmiech na Waszych twarzach :) bo wiecie... co nas nie zabije....

headband, schoes - New Look, bag - bought in Spain, dress - sh, necklace - bought in Greece

Biel i czerń to jedne z najgorszych połączeń dla mojego typu urody. Obok neonowych kolorów i błękitu powinnam unikać ich jak ognia. Niestety pokochałam tego przykrótkiego pasiaka, którego zdobyłam podczas SWAPu we Wrocławiu. Dla przełamania kontrastu założyłam brązowe dodatki i kolorową przepaskę. W taki to toto sposób poczułam się jak hipiska na wybiegu. Chyba drzemie jeszcze we mnie nastolatka, która chodziła w bordowych glanach i przydużej koszuli :)

P.S. Jak podoba się Wam zmiana koloru tła?

10.7.12

My everyday makeup routine

Z kufra pełnego kosmetyków i przyborów do makijażu musiałam wybrać uniwersalny, minimalistyczny zestaw. Mimo, iż zasoby mojej kosmetyczki nie należą do najskromniejszych, nie jestem kobietą, która podróżuje z dziesiątkami lakierów do paznokci, i toną innych kolorowych mazidełek. Przez ostatnie  miesiące kiedy nie potrafiłam zagrzać jednego miejsca, mój "niezbędnik" prezentował się tak jak na zamieszczonym wyżej obrazku.
Podkładem roku okrzyknęłam Revlon Colorstay. Jednakże jest dość "ciężki" i mocno kryjący, a nie zawsze potrzebuję perfekcyjnego wyrównania kolorytu skóry, stosuję więc go na wieczorne wyjścia bądź specjalne okazje. Codziennym podkładem, wiernym od lat został Lumiere Cosmetics. Moja skóra kocha minerały i nie zanosi się abym w najbliższym czasie zdradziła ten cudowny żółtawy proszek :) :)
Jeśli na buźce jest podkład, musi też zagościć woda termalna, która pięknie wtapia go w skórę! Bez niej ani rusz!
Brwi to jedna z najistotniejszych części naszej twarzy, wystarczy że tylko je odpowiednio podkreślimy, a buźka nabiera zupełnie innego wyglądu! Ja wybrałam do tego celu cień Lumiere w kolorze Dirty Blond :)

Korektor pod oczy, który zamaskuje nieprzespaną noc, bądź poranny koszmar - Skinfood Salmon Concealer. Jest tak wydajny, że używam go już około 2 lat! Nie polecam go na mega ciemne przebarwienia, ale z moimi radzi sobie znakomicie!

Ponoć "dziewczyny lubią brąz", a jeśli mamy lato to miłość ta jest jeszcze większa! Ja należę do osób, które leżenie na plaży traktują jak karę za grzechy! Przez cały rok używam na twarz filtra SPF50 i uciekam do cienia jeśli tylko słońce mocnej przygrzeje. Mam problematyczną i (niestety) zniszczoną cerę, dlatego chronię ją przed szkodliwymi promieniami. W tym roku po raz kolejny przejdę kurację isotretinoinum, dlatego tym bardziej muszę o nią brać. Dotyk słońca uzyskuję więc dzięki bronzerowi. Długo zastanawiałam się nad Laguną z NARSa, a teraz żałuję, że nie miałam tego cudownego bronzera wcześniej! 

Róż, tusz i już! Ale najpierw zalotka, która podwinie moje sztucznie nawożone rzęsy :) Zazwyczaj używam mascary z Clarinsa Wonder Perfect Mascar, ale że kobieta  zmienną jest i nawet jeśli coś jej służy, musi wypróbować nieznane. Clinique Fash Power Mascara ma tycią szczoteczkę, i bardzo dziwną formułę tuszu. Z początku nie lubiliśmy się :) ale teraz dzielnie wykonujemy "projekt denko" :) 

Wiosną i latem rezygnowałam z cieni do powiek, sporadycznie tylko sięgam po paletę. Częściej używam Eye linera - Bobbi Brown w kolorze Sepia Ink (brąz). Czerń niestety tylko mnie postarza i sprawia, że wyglądam na zmęczoną i niewyspaną. 
Wybrać trzy pędzelki z kolekcji czterdziestu, to już coś, prawda?  Postawiłam na Ecotools, który jest niesamowicie miękki i sprawdza się nawet do podkładu mineralnego, EverydayMinerals uniwersalny pędzel do różu i bronzera, oraz dwustronny z Sephory.

A jakie są Wasze ulubione kosmetyki, które zawsze pakujecie ze sobą w podróż?
Podobają Wam się kosmetyczne posty? Mogą być częściej??

5.7.12

Koralikowy kołnierzyk


Uf, porządki w szafie zrobione. W rogu pokoju ustawionych kilka stert i dziesiątki pustych wieszaków. Jedne pójdą na sprzedaż, inne na cele charytatywne, a z innymi ciężko się rozstać więc zamieszkają w "przechowalni". Szkoda, że nie mam wielkiej szafy na strychu w której mogę trzymać "niechciane" ubrania. Pamiętam jaka to radość wygrzebać kieckę, która 10 lat temu była ulubioną, i teraz znów wraca do łask. To właśnie dzięki "zapasowej szafie" dziś  mogę nosić "perełki" które 30 lat temu należały do mojej mamy. Z drugiej strony, czuję się "lżej" gdy mam tylko takie przedmioty, które są mi najbardziej potrzebne i za którymi przepadam. Obawiam się, że w dzisiejszych czasach gdzie jakość ubrań pozostawia wiele do życzenia i zasypujemy naszą szafę wciąż nowymi zdobyczami - nie ma sensu (i miejsca) przechowywać wszystkiego. Ale wiem, wybór zazwyczaj jest TRUDNY! 

W tych dylematach spoglądam na mojego partnera, i z jednej strony mu zazdroszczę, z drugiej zaś jestem poirytowana. Przecież oni nie potrzebują sukienek, spódniczek, kolanówek, rajstop, baletek, obcasów, kozaków, staników, pędzelków, cieni, podkładów, lakierów.... itd itp.
To my kobiety uwięzione jesteśmy w tej samo nakręcającej się machinie, i nie potrafimy walczyć z tym co dostałyśmy w genach! I tak będziemy się miotać w łaszkach, torebkach, pierścionkach i innych duperelkach które uwielbiamy! Amen.

skirt, shoes - New Look, Shirt, belt - Primark, bag  - Zara

1.7.12

Kryzysowo

Kiedy byłam małą dziewczynką, z moimi dziadkami mieszkał uroczy owczarek niemiecki, który wabił się Kryzys. Gdy podrosłam spytałam dziadka co oznacza to słowo. Ten skrupulatnie próbował wytłumaczyć dziewięciolatce czym się to zjawisko charakteryzuje. Piesek zamieszkał z moimi dziadkami kiedy w kraju był wielki kryzys, dlatego tak go nazwali.
Dziś też mamy załamanie gospodarki, ale chyba nikt nie jest na tyle kreatywny aby dać jakiemukolwiek zwierzakowi takie imię :) (tylko moi wspaniali dziadkowie mają takie niepowtarzalne pomysły).

Kryzys na świecie, a na parkingu przed galerią handlową nie ma gdzie zaparkować. Gigantyczne kolejki przy kasach, a jeszcze większe do przymierzalni. Stoliki w restauracjach pobukowane z tygodniowym wyprzedzeniem, a samochody na ulicach coraz to większe i nowsze.
Rozumiem, że jednych dotyka on bardziej, innych mniej, a trzecich wcale. Nie zdumiewa mnie też, że ludzie robią zakupy na wyprzedażach, choć i podczas nich cena potrafi być o wiele za wysoka!
Dla mnie to jedyna okazja na kupienie tego czego szukam przez cały rok. Nie lubię płacić 100% ceny.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...