29.9.11

Sunny time

Dziś znów greckie zdjęcia :) nie mam jednak wyrzutów, że "katuję" Was lekkim outfitem kiedy  tegoroczna jesienna pogoda jest taka piękna. Ciesząc się  tą aurą spędzam dzisiejsze popołudnie w  patio. Powietrze z ogrodu bucha nie mniej gorące niż to z piekarnika, w którym przed minutą odgrzewałam meksykańskie naleśniki :) Kocham taki klimat :)

Wiem, że należę do tych osób, które zarzekały się, iż nie będą nosiły modnych w tym sezonie nasyconych kolorów. A jednak tak jak większość z nich i ja złamałam się. Różowa bluzka jest jedynym mocnym akcentem w mojej szafie. Pewnie nie sięgnę po nią jesienią czy zimą ale w blasku południowego słońca czułam się w niej wyśmienicie. Zauważyłam, że na wakacjach chętniej wybieram mocniejsze lecz ciepłe kolory, pasują one idealnie do upalnego klimatu. Co do  kroju poniższych spodni podchodziłam bardzo sentymentalnie, identyczne - choć czarne - nosiłam na komersie... lata temu. Kiedy je przymierzyłam zrozumiałam dlaczego znów powinny znaleźć się w mojej garderobie :)
I jeszcze dwa słowa o najtańszym angielskim sklepie. Nie robię często zakupów w Primarku z powodu niskiej jakości oraz zbyt dużej popularności tych ubrań (setki kobiet na ulicach UK noszą ich ciuchy). Jednakże jak w każdym sklepie zdarzają się perełki :)














trousers - Primark
top - Primark
bag - Zara

26.9.11

Greece - my diary (part 3)

Dziś kolejny (nie ostatni) foto recenzyjny post z naszej wyprawy do Grecji.
Dotarliśmy do Aten. Mimo, iż w głębi lądu temperatury były ciut niższe tu znów duszno i upalnie. Błądząc przypadkiem wjeżdżamy do dzielnicy gdzie spotykamy polskie sklepy, kioski a nawet restauracje. Polacy wskazują nam też drogę do hotelu. Jak się okazuje wieczorem, okolica jest bardzo niebezpieczna.
Bramę obok znajduje się szkoła gdzie uczniowie kolorując sobie świat pomalowali ściany podwórka :)



Pierwszy cel wyprawy - Akropol. Mimo że zniszczony, zapiera dech w piersiach. Bycie w stolicy bez odwiedzenia tego miejsca jest grzechem niewybaczalnym. Nawet ja z temperaturą i przeziębieniem zdołałam wejść na szczyt. Polecam także odwiedzenie muzeum Akropolu (przed obejrzeniem ruin) stanowi ono świetne przypomnienie mitologii oraz wyjaśnienie jak wyglądały ruiny tysiące lat temu. Ze zdziwieniem oglądałam  jak mądrzy i inteligentni byli Rzymianie żyjący wieki lat przed Chrystusem.











Zmęczeni  odpoczywaliśmy na Place. Panuje tam cudowny klimat. Tysiące restauracji, kawiarni, sklepików z pamiątkami, w wąskich, marmurowych uliczkach. Tam najlepiej smakują tzatziki, owoce morza lub grecki jogurt z miodem i orzechami :)



Zmiana warty pod Parlamentem jest dość popularnym wydarzeniem. Wartownicy wykonują bardzo wolno duże kroki podnosząc przy tym wysoko nogi i hałasując uderzeniem butów o podłogę.  Przyznajcie, że mają oryginalne mundury :) jednakże współczuję im stać nieruchomo w pełnym słońcu, nawet przez godzinę!



Popularne przydrożne kapliczki.



I znów na promie.... wracamy na wyspę Cofu.

23.9.11

Greece - my diary (part 2)

Kolejnego dnia z samego rana wyprowadzamy się z hotelu (jak się potem okazuje jednego z najfajniejszych). Przeprawiamy się promem na ląd do Igoumenitsy. I to właśnie tam spotykają nas  największe przygody. Zaczęło się od problemu z wynajęciem samochodu, wypożyczalnie podnosiły znacznie cenę kiedy dowiadywali się dokąd zamierzamy jechać. Straciliśmy dwie godziny na  negocjacje. Ufff... w końcu jest  nasz nowy środek transportu. Wsiadamy, podłączany nawigacje i .... ja? ty? kto powinien sprawdzić czy mamy w niej Grecję?? Nie ważne, i tak by nie działała bo zasilanie w samochodzie było zepsute.... :( Przed wakacjami byliśmy na tyle zabiegani, że niektórych szczegółów nie zdążyliśmy dograć,  idąc na żywioł postanowiliśmy nadrobić to na miejscu.
Jeszcze nikt nie wypożyczył mi auta bez mapy, i nigdy nie spotkałam się też z taką trudnością aby ja znaleźć na stacji benzynowej! W końcu nabyliśmy 4 sztuki. Grecja podzielona jest na kilka regionów, dla każdego jest osobna mapa.


Muszę wspomnieć też słów kilka o Grekach. Są niesamowicie pomocni i uczynni. Praktycznie każdy potrafi mówić po anielsku, nie zależnie czy jest to pan w kiosku na "zadupiu", starsza pani w sklepie z arbuzami, pracownik stacji benzynowej czy kelner. Pomagają turyście i są przy tym życzliwi, czego nie mogłabym powiedzieć o Francuzach czy Hiszpanach.


Błądząc po krętych górach, w deszczu i słońcu na przemian docieramy do wyznaczonego miejsca - Meteory. Te piękne góry ukazują się nam już z odległości kilkunastu kilometrów. Widok jest niesamowity! Są w kształcie maczug i szpikulców. Tworzą wrażenie niedostępnych. U ich podnóża mieszkają ludzie mający piękny widok na okolicę i majestatyczne skały wokół.

Wędrówka nie jest łatwa. Skwar leje się z nieba a do tego jest niesamowita wilgotność powietrza. Po drodze spotykam mój wymarzony samochód uff.... będzie wymuszona przerwa na zdjęcie :)

Słońce chyli się ku zachodowi, pozostały nam co najwyżej dwie godziny do zmroku.  To właśnie  pod słońce i zmęczenie dopasowujemy nasze plany. Moja kobieca intuicja mówi mi, że to nie jest właściwa góra! Nie zobaczymy z niej Meteorów. I...oczywiście  miałam rację! Zbiegamy z niej mało nie łamiąc nóg i szukamy innej drogi! 
Okazuje się, że przeoczyliśmy jeden drogowskaz. Tak tak, było można wjechać tam samochodem..... :)

Słońce zaszło już za horyzont. Jesteśmy ostatnimi turystami wspinający się pod górę. Ale najważniejsze że udało się! Widzimy w końcu te cuda, które człowiek pobudował na szczytach pionowych skał piaskowca. Mieszczą się tam prawosławne klasztory, które funkcjonują do dnia dzisiejszego.

Światło nie pozwoliło mi uwiecznić tych widoków  na zdjęciach :( Wszystko jest już pozamykane. Znajdujemy jednak piękną maleńką kapliczkę w której zapalamy świece.
To był jeden z najbardziej męczących dni. Rezygnujemy z dalszej podróży. Szukamy hotelu z widokiem na oświetlone Meteory i usypiamy zmęczeni przy greckiej muzyce bębniącej z pobliskiej tawerny. Jutro powinniśmy dotrzeć do Aten.

21.9.11

My dreams will come true...

Dzień z poprzedniego posta jeszcze nie dobiegł końca... chcieliśmy go wykorzystać na maksa. Tomasz tego wyjazdu trzymał się z daleka od aparatu i chyba pomału przymierza się do roli kamerzysty :) Mając jednak tak piękną scenerię w naszym apartamencie zrobiliśmy kilka romantycznych zdjęć. A potem pobiegliśmy dalej... kąpiel w basenie o zmroku, motocyklowa jazda w świetle księżyca i szaleńczy wieczór w centrum Kerkyry. Kocham wakacje!!!!!!!!!!!!!!

Zostawiam Was z poniższymi zdjęciami, a ja znów pędzę na lotnisko.










dress- sh
pants - Topshop

19.9.11

Greece - my diary (part1)

Grecję chciałam zwiedzić już jako nastolatka, jednakże mama odradzała mi mówiąc że tam tylko "kamień na kamieniu" i podsuwała inne kraje. Teraz w końcu dopięłam swego. O kamieniach będzie jednak innym razem :) :) 
Podróż była długgaa... samochód, pociąg, metro, autobus, samolot (potem kimanie na lotnisku) i w końcu upragniony ostatni transport - taksówką do hotelu :)
Na pierwsze trzy dni zaplanowaliśmy leżenie do góry brzuchem. W tym roku sezon turystyczny w Grecji był bardzo krótki. We wrześniu nie było już prawie turystów, także zdarzało się że basen i barmana mieliśmy na wyłączność :)



Ja jednakże miałam swojego wiernego towarzysza, który nie opuszczał mnie na krok. Powitał mnie jako pierwszy u głównych bram posesji i towarzyszył mi przez cały pobyt :) 
No tak, ten gatunek szybko wyniucha kociarę ) 



Leżenie znudziło się nam już po pierwszym dniu :) Wypożyczyliśmy więc skuterek i ruszyliśmy na podbój stolicy Corfu. Ambitny plan nakazywał wejść na stary fort... w samo południe :) co dla nas - ludzi zwykłych nosić długi rękaw przez cały rok było nie lada wyzwaniem :)




Widoki z fortu.





Następnie ruszyliśmy z mapą na plecach kierowcy (to jedyny sposób bycia pilotem jako pasażer  motocykla) poznawać miasto. Widząc starą część Kerkyry od razu przypomniała mi się Francja i gotycka dzielnica w Barcelonie. Musiało to oznaczać tylko jedno - pokochałam to miejsce! Wąskie uliczki, z marmurowymi chodnikami, okiennice, niepowtarzalnie kolory i ten magiczny klimat...







W centrum można znaleźć tyciące sklepów z pamiątkami, cukiernie i restauracje.






A później ruszyliśmy dalej.... szczegóły w kolejnym poście :)


< bryyyyyyyyyyyyy....... :)

Dodam jeszcze kilka słów o koszulce jaką mam na sobie. Jest w mojej szafie prawie od zawsze. (zakupiona w latach 90-tych w sh). Próbowałam ją nosić jako trzynastolatka, tylko zawsze wydawało mi się że ma za duży dekolt!!! Jej gatunek, wzór i fason jest ponadczasowy. Kocham takie perełki w mojej szafie :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...