7.12.14

Hairdresser - your enemy


Gdybym chodziła regularnie do fryzjera moje włosy zawsze byłyby krótkie i pewnie nie raz dałabym się namówić na ich farbowanie. Po raz ostatni zasiadłam na dłużej na fryzjerskim fotelu pięć lat temu (w międzyczasie wpadałam obciąć "grzywkę" na sucho). Moje biedne poszarpane i wybarwione włosy z miesiąca na miesiąc czuły się coraz lepiej. Końcówki przycinałam w zaciszu domowym i obchodziłam się z nimi z największą troską. Odzyskałam swój naturalny kolor i radość :) Pewnie tylko dlatego po raz pierwszy od dwudziestu lat mam włosy w dobrej kondycji - tak jak jako nastolatka. 

Niestety... kiedy przychodzi jesień każda z nas chce coś zmienić! Ta ochota nie ominęła także i mnie. W pracy 50% dziewczyn odwiedziło fryzjera i zmieniło fryzurę. Liczba ta jest bardziej niż zaskakująca ponieważ branża w której pracuje zatrudnia 99% mężczyzn :) W tym samym czasie jedna z fundacji dobroczynnych organizowała zbiórkę pieniędzy w wyniku której osoba, która podejmie się obcięcia 18 cm włosów może przyczynić się do zbiórki pieniędzy na cele charytatywne. Na tą akcję nie dałam się namówić, ale z decyzją o umówieniu się do fryzjera nie czekałam ani chwili.

Stałam w korku kiedy dostrzegłam zakład fryzjerski. Wizyta umówiona na kolejny poranek. Miły pan, świetna muzyka, luźna konwersacja, pusty salon i ...  oczarowana tym wszystkim  dałam się namówić na więcej niż zamierzałam. Czy fryzjerzy tak bardzo kochają ścinać więcej włosów niż życzy sobie klient? Tęskniłam za tzw "dopieszczeniem" w salonie fryzjerskim, ale zadowolenie minęło już po pierwszym myciu głowy. Ajjjj... włosy nie straciły na długości ale na gęstości. Frustracja której chciałam uniknąć i na jaką sama się zgodziłam.  Owszem ta część ciała zawsze odrasta, tylko że u mnie trwa to zdecydowanie za długo! 
Niemniej jednak podoba mi się fryzura ze zdjęć, które zostały zrobione zaraz po opuszczeniu salonu :)



30.11.14

be more dog



Ruda Lili przychodziła do nas codziennie. Zjawiała się niespodziewanie w kuchni kiedy jedliśmy sobotnie śniadanie, bądź budziła pocałunkami z zaskoczenia z popołudniowej drzemki. Zawsze spragniona pieszczot i zabawy. Trochę było mi smutno, że Teddy nie ma przyjaciela i zostając sam w domu skazany jest tylko na swoje towarzystwo. Marzenie o maine coonie było od dawna na mojej wish list. Wiedziałam, że kiedyś zamieszka z nami kolejny czworonóg, wszystko było tylko kwestią czasu (i portfela :). Pewnej sierpniowej niedzieli trafiłam w końcu na "to" ogłoszenie... jednakże kotek którego sobie upatrzyłam okazał się kocurem, a nie kotką. Uprzedzenie do polubienia się dwóch samców było dość ciężkie do obalenia. Hodowca jednak zapewniał mnie, że maine coony to zupełnie inne koty. Po 9 godzinach dałam się przekonać i teraz wiem, że miał całkowitą rację.
Wizyty w jego domu nie zapomnę chyba nigdy. Obraz przeszło dwudziestu dorosłych maine coonów (to koty ważące do 15 kilo!!! o wymiarach średniego psa) na czterdziestu metrach kwadratowych wyryło się w mojej głowie na zawsze! Trzymałam na rękach mojego wybranka, który został mi przyniesiony do osobnego pomieszczenia i ..... oniemiałam. Na którego patrzeć ??? Każdy inny: rudy, pręgowany, szary, beżowy i nawet czarny (którego nigdy nie widziała na własne oczy). Uffff.... a u nas w domu tylko jeden kolega w dodatku naburmuszony.... :) 
Neo zadomowił się bardzo szybko. Młodzieniec rośnie jak na drożdżach, rozbawia nas każego dnia i rozkochuje w sobie bez granic. Godzinami może przesiadywać na moich kolanach, klatce piersiowej bądź gdziekolwiek się wdrapie aby czuć ciepło. Wygina się przy tym jakby nie miał kości i pozwala zrobić ze sobą niemal wszystko. Teddy z nieufnością i wielkim dystansem podszedł do młodszego brata. Pozwolił mu wyjeść sobie wszystko z miski, wygonić się z ulubionego legowiska czy nawet ustąpić w kolejce do toalety :) Niejednokrotnie płakał "oddaj go" aż w końcu nadeszła chwila kiedy przestali się bawić nie na żarty i furczeć.  Może już niedługo będą przyjaciółmi .... 
Różnice między nimi są ogromne zarówno w charakterze jak i wyglądzie ale o tym w osobnym poście. Z radością patrzy się jak myją sobie pyszczki, przytulają się i w zabawie roznoszą cały dom. Pisząc tego posta leżą oboje w koszyku pod stołem. Jeszcze trochę i się do niego nie zmieszczą .....  

26.11.14

Home


Po tygodniowym pobycie na Wyspach Kanaryjskich nie mogę odnaleźć się w domu. Mam wrażenie, że wyjechałam jesienią a przyjechałam zimą.  Przywiozłam ze sobą kolejne przeziębienie, które wzorowo wpisuje się w coroczny scenariusz. Zawiało chłodem, zabrakło słońca. Na szczęście atmosferę ocieplają zbliżające się święta. Zanim zacznę wieszać bombki postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma ulubionymi ujęciami z wciąż niedokończonego domu. Wiem, że meblowanie i wyposażenie to niekończąca się historia, tym bardziej jeśli sprzedało się większość poprzednich mebli. Nie ukrywam także, że dobieranie dodatków sprawia mi niesamowitą frajdę. W głębi duszy noszę jednak jedną ogromną obawę. Jeśli zmieni mi się gust (co obserwujemy notorycznie u nas kobiet) zmiana "dekoracji" będzie bardziej niż bolesna :)

 

15.11.14

HARMONY

U mnie znów przestój. Znalazłabym milion wytłumaczeń, ale po co?  Ważne, że przybywam z nowym postem. Zmieniłam trochę wygląd bloga, który napawa mnie większym optymizmem i chęcią do tworzenia. Ale wiecie... nie ma co obiecywać, tylko działać!

Jesień czuć już na każdym kroku. Moje kwiaty zapadają w zimowy sen, koty przybrały grubsze futerka, a chłodne i ciemne poranki powodują, że wsypuję podwójną dawkę kawy do kwiatowego kubka. Jak każdego roku cierpię na zamarzanie i mam wrażenie, że to już środek zimy :) Nie wiem ile warstw odzieję na siebie jak przekroczę osiemdziesiątkę, ale już teraz potrafię założyć 4 długie rękawy kiedy na dworze jest +10 :) ! Jedyne o czym teraz marzę to wypoczynek w ciepłym kraju. Krótkie spodenki, t-shirt okulary słoneczne i sandałki :) :) Z drugiej strony angielskie media tak trąbią o Świętach, że z niecierpliwością wyczekuję kiedy zacznę dekorować dom i robić menu. Jak zwykle sprzeczności... czyli cała JA!

12.10.14

Live in the moment

Im jestem starsza tym bardziej doceniam to co w życiu najcenniejsze - zdrowie. Coś co jest niesamowitym darem i coś czego nie można kupić za żadne pieniądze. Śmierć Ani Przybylskiej jeszcze bardziej uświadomiła mi, że nikt z nas nie wie co jest mu w życiu pisane i powinniśmy się cieszyć każdą chwilą. W ostatnim miesiącu zostałam poddana badaniu, które mogło zmienić całe moje życie - na szczęście wynik okazał się negatywny. Jednakże ten moment czekania i niepewność zmienił moje podejście do wielu spraw.  Nie ważne są rzeczy "posiadane", ale chwile które dzielimy z najbliższymi.  Będąc na obczyźnie jest to znaczenie bardziej utrudnione, dlatego jeszcze bardziej łączę się w cierpieniach z moim 94 letnim dziadkiem po operacji, grypą mamy, cierpieniem babci  i niezdiagnozowanym zatruciem Noego, które spędza mi sen z powiek....

"Żyj pełnią życia; inaczej popełniasz błąd. 
Nie jest szczególnie ważne, czym się zajmujesz, 
jeśli tylko masz życie w swoich rękach. 
Bo jeżeli nie miałeś życia, to co miałeś? 
- Co się raz straci, już jest stracone, nie zapominaj o tym. 
Właściwa chwila to jest każda chwila, którą człowiek będzie miał 
szczęście przeżyć... 
a więc żyj! "*




*"Słoneczne promyki szczęścia" Phila Bosmansa. 

7.10.14

LILI


Decyzję o zakupie kota podejmowaliśmy przez co najmniej trzy lata. Jak dla mnie każdy zwierzak domowy jest jak członek rodziny, z którym trzeba się liczyć tak samo jak z drugą osobą. Ostatnio znalazłam nawet pismo z agencji od której wynajmowaliśmy dom ze zgodą na zamieszkanie kota. Dziwili się dlaczego w listopadzie pytamy o takie  rzeczy, przecież o tej porze roku nie znajdziemy małego pupila. Jednakże tak jak to ze mną bywa, wszystko musiało "dojrzeć" do podjęcia konkretnych kroków.

W moim domu zawsze był tzw. "dachowiec" którego ubóstwiałam! Tym razem chciałam zaryzykować i kupić konkretną rasę. Wybór nie był łatwy. Stawiałam na British Shorthair i Maine Coona. To zupełnie odmienne osobniki. Różnią się nie tylko charakterem, ale także wyglądem. Woda i ogień. Dysponowany przez nas czas i metry kwadratowe zadecydowały za nas. Niedługo po tym Teddy zamieszkał z nami.

Po przeprowadzce w nowe miejsce, ku zaskoczeniu futrzaka ma dużo więcej znajomych na dzielni niż jego rodzice. Co więcej oni wszyscy uwielbiają go odwiedzać nie pytając o jego zgodę oczywiście. Przyczyną wizyt nie jest drabinka, którą tato mu zbudował ani powycinane specjalnie dla niego dziury w płocie. Prawda jest taka, że jeśli komuś zagonił kota to z pewnością jest pod 31 :) 

Pewnego dnia zawitał tutaj także Maine Coon. Piękna ruda kotka, która skradła moje serce. Wyczekiwała na nas pod drzwiami tak jakby znalazła (letniskowy, zastępczy) dom. Szybko podporządkowała sobie Teddusia i znała wszystkie zakamarki w domu, bo jej przecież ma ten sam rozkład! Dostała nawet drugie imię - Lili. 
Kiedy drzwi do ogrodu były otwarte ona ni stąd ni zowąd pojawiała się wskakiwała na kolana i całowała :) Jak tu było można ją wygonić....

Miałam wyrzuty sumienia, bo to przecież to kot jakiegoś sąsiada. Jednakże jej charakter (be more dog) uświadomił mnie, że wcześniej czy później Tedek musi mieć rodzeństwo :) Niedługo po tym pojawił się Neo i bajka obrała zupełnie inny bieg.... ale o tym w innym odcinku.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...